Żaba-Żabiński: Nasz cel zrealizowaliśmy. Jest jednak mały niedosyt
– Trzecia pozycja to mały niedosyt, ale jednak kroczek do przodu zrobiliśmy i pokazaliśmy, że potrafimy grać z najlepszymi – mówi Szymon Żaba-Żabiński, trener Suzuki Korony Handball Kielce.
20 meczów, 15 zwycięstw, 46 punktów, trzecie miejsce w Lidze Centralnej, to wynik satysfakcjonujący?
– I tak i nie. Przed sezonem chcieliśmy zrobić krok do przodu. Dwa poprzednie sezony kończyliśmy na czwartej pozycji, więc chcieliśmy wejść na podium. Nie określaliśmy konkretnie, które miejsce, ale wiadomo, że im wyżej, tym lepiej. Zrealizowaliśmy cel, ale początek sezonu był trudny, bo dowiedzieliśmy się, że dwie nasze bramkarki są kontuzjowane i trzeba było nagle to przeorganizować. Już po rozpoczęciu rozgrywek kontuzji doznała Gabrysia Tomczyk, co też wprowadziło zamieszanie i trzeba było zaadoptować się do nowej, niełatwej sytuacji. Pierwsze mecze po jej kontuzji pokazały, że to nie jest hop-siup i wszystko zatrybi. Potrzebowaliśmy na to czasu. Tak samo, jak zgrać z Julią Grzesistą, mimo że to wybijająca zawodniczka z sezonu 24/25. Wiedzieliśmy, jakie są jej walory, ale trzeba było ją obudować, by zrozumiała, jak my gramy, a my ją. Pierwsze miesiące były pod górkę, ale po pewnym czasie zaczęło trybić, ustawiliśmy się tak, że to przynosiło efekty i rozkręcaliśmy się z meczu na mecz. Wygrane z Radomiem czy Żorami nie były dziełem przypadku, bo zagraliśmy bardzo dobrze. Żory jedną z najlepszych ofensywnych drużyn, zatrzymaliśmy tylko na 19 golach!, a Radom pokonaliśmy wysoko 36:27. W pewnym momencie sezonu można było myśleć nawet o bezpośrednim awansie.
Druga runda nie była już jednak tak super.
– Rzeczywiście ona zweryfikowała nasze plany. Porażka z Poznaniem była niewykorzystaną szansą, bo twierdza Kielce padła, a z Żorami też przegraliśmy jednym golem. Zadecydowała jedna decyzja, gol, obroniona akcja i bylibyśmy w grze o pierwsze miejsce. Trzecia pozycja to mały niedosyt, ale jednak kroczek do przodu zrobiliśmy i pokazaliśmy, że potrafimy grać z najlepszymi. Wiemy też, nad czym musimy pracować.
Jak byśmy teraz rozmawiali, gdyby nie kontuzje Smelcerz i Tomczyk. Jako zespół z Superligi?
– Można gdybać. Te urazy pokrzyżowały nam plany i wydaje mi się, że trochę straciliśmy pewności siebie, bo Nina to bramkarka z czołówki Ligi Centralnej, kadrowiczka i wiemy, ile nam dawała. Gabrysia Tomczyk była sercem zespołu, dużo widziała, ma świetny zwód, kapitalnie rozgrywa z kołem. Nie wiem, co by było, gdyby mogły grać. Uważam jednak, że dziewczyny fajnie się zaadoptowały do tej sytuacji, rozwinęły się. Jak ktoś wypada, to ta druga dostaje szansę, minuty i musi brać na siebie odpowiedzialność.
Nie można powiedzieć, że w drugiej rundzie zawodniczkom nie dojechały głowy, bo balonik nie był pompowany i presji w szatni na awans raczej nie było?
– Nie było presji w głowach zawodniczek. Do każdego meczu podchodziliśmy tylko z zamiarem zwycięstwa, krok po kroku. Nie przejmowaliśmy się tym, co będzie na koniec sezonu, bo to rola zarządu. Wiadomo jednak, że mecze z Żorami czy Radomiem sprawiały, że dziewczyny różnie do nich podchodziły. Z drugiej strony, jak byliśmy liderem i graliśmy z zespołem z dołu tabeli, były czasem za pewne siebie.
Która z zawodniczek najbardziej Cię zaskoczyła na plus?
– Nie lubię tego robić, bo to sport zespołowy. Do wyróżnienia jest cały zespół, bo on pracuje na wynik końcowy. Wyróżnić trzeba wszystkie, bo w trudnej sytuacji, potrafiły się odnaleźć. Nie wiem, czy ktoś przed sezonem stawiał, że będziemy nawet w trakcie sezonu liderem. Każdy mówił o Radomiu, Żorach i Poznaniu.
Byliśmy drugą drużyną pod względem najmniejszej liczby straconych bramek. Obrona to nasz najmocniejszy punkt?
– Trzeba spojrzeć szerzej. Już w sezonie 24/25 byliśmy na drugim miejscu, więc to znak rozpoznawczy dla naszej ekipy. Trener Paweł Tetelewski nauczył mnie, że mecze wygrywa się obroną i uważam, że mamy ku temu sposobność, bo mamy naprawdę dobre obrończynie. Jak to zaskoczy, to trudno się przedrzeć przez naszą defensywę. Ona nam dużo daje.
Trzeba jednak też powiedzieć o ataku. W statystykach nie jesteśmy w samym czubie, ale na czwartym miejscu, a w poprzednim sezonie byliśmy dopiero na ósmym. Z tego też się cieszę, bo obrona została na dobrym poziomie, a coś poprawiliśmy.
Cel na przyszły sezon będzie taki, by zrobić kolejny krok naprzód? Czyli wychodzi na drugie lub pierwsze miejsce.
– Podchodzimy spokojnie, ale zawsze wychodzę z założenia, by robić progres. Stagnacja jest ok, ale w sporcie chcemy się rozwijać i iść do przodu. Nie chcę jednak dmuchać balonika, bo dużo drużyn będzie mieć taki cel – Żory, Poznań, Legnica, Poznań itd. Zobaczymy, co wydarzy się na rynku transferowym.
A nasz zespół gdzie potrzebuje najbardziej wzmocnień?
– Trudne pytanie, nie zastanawiałem się nad tym. Na pewno wolałbym mieć dwie leworęczne zawodniczki na prawym rozegraniu, ale z praworęczną też można bez problemu grać i wygrywać. Pewnie też by się przydała prawoskrzydłowa. Wszystko zależy jednak oczywiście od budżetu.
Ile juniorek zostanie włączonych do kadry I drużyny?
– Na pewno będziemy się nimi posiłkować. W tym roku na 20 zawodniczek w pierwszej drużynie mieliśmy aż osiem juniorek. Uważam, że to bardzo dobra rzecz dla klubu, przyszłości, bo wiadomo, że będą się rozwijać. To też pokazuje, że Akademia dobrze działa, jesteśmy w czołówce i później to bodziec dla tych młodych zawodniczek, bo trenując u nas, przechodzą płynnie do wieku seniorki i mają gdzie grać. My bardzo chcemy stawiać na nasze młode zawodniczki i by się rozwijały. Zawsze im powtarzam, by trenowały, bo medale w juniorkach są bardzo ważne, ale przede wszystkim potem w seniorkach mają coś wielkiego do zdobycia. One mają wszystko do wywalczenia, bo wiele lat gry przed sobą.
Jesteś szczęśliwy z tą drużyną, spełniony jako trener?
– Zawsze dąży się, by trenować na najwyższym poziomie. Dostałem szansę trochę przypadkowo, bo trener Tetelewski otrzymał angaż w Lublinie. Jestem szczęśliwy, ale zawsze będzie sinusoida. Jest dużo obowiązków, dużo czasu się poświęca, jak się wygrywa, jest ok, a jak nie, to szuka się przyczyn. Uważam, że to super dla mnie nauka, doświadczenie. Wszystko teraz zależy ode mnie, jest ciężar, ale po to się kształci, jeździ na staże, konferencje, by na własnym podwórku to sprzedać. Ja cały czas się rozwijam, uważam, że dużo przede mną, bym sam siebie nazwał trenerem. Jestem na początku drogi.
Jesteś trenerem spokojnym, czy potrafisz głośno krzyknąć?
– Na 99 procent treningach jestem spokojniejszy. Czasem jednak trzeba krzyknąć, by dziewczyny wiedziały, że trening to świętość i potem jest czas na śmiechy i pogaduszki. Na meczach czasem odzywa się moja druga natura. Jakbym jednak czegoś nie przeżywał, to znaczyłoby, że mi nie zależy.
To dla Ciebie jednak dobry sygnał, że czołowe zawodniczki przedłużają umowy, chcą dalej grać w Kielcach.
– Na pewno tak, można tak na to też spojrzeć. Atmosfera w drużynie jest bardzo fajna, jedna zawodniczka za drugą daje serducho na boisku. Nie ma konfliktów i chcą tu grać, rozwijać się. Cieszę się, że chyba wizja trenera też je przekonuje. Przecież Grzesista, Leśniak, Berlińska mogłyby odnaleźć się już w wyższej lidze, ale zostały w Kielcach.
Liczysz na cud, że w końcu znajdzie się ktoś, kto da duże pieniądze klubowi i będzie można grać w wyższej lidze?
– Byłoby miło, załatwiałoby to trochę problemów. Jedno to chcieć awansować, a drugie to móc. Często w klubach to się rozjeżdża. Jeśli byłaby korelacja jednomyślna, że i mamy pieniądze i chcemy, to byłby większy spokój. Jak się ma zaplecze finansowe, to zarząd i dziewczyny mogą spać spokojnie. Z drugiej strony my zawsze gramy o zwycięstwo, obojętnie z jakim budżetem. To nie jest absolutnie tak, że nie ma dużych pieniędzy, to nam się mniej chce.
Jest przepaść między Superligą a Ligą Centralną. Awansując, trzeba zmienić skład, wzmocnić, a to się wiąże z dodatkowymi pieniędzmi. Może gdyby Superliga byłaby większa, to byłoby łatwiej i można by spokojnie walczyć o utrzymanie.



























































